MIROSŁAW

PRZYSIWEK

miroslaw.przysiwek@outlook.pl




        Nazywam się Mirosław Przysiwek. Jestem rodowitym Stargardzianinem. Urodziłem się w 1959 roku. Mam 55 lat. Jestem żonaty. Z żoną Elżbietą wychowaliśmy dwoje dzieci, z których: córka Ewelina jest absolwentką Akademii Muzycznej, klasy skrzypiec a nadto doktorantką Wydziału Filozofii Uniwersytetu Szczecińskiego, syn Marcin, skończył Wydział Matematyki Uniwersytetu Poznańskiego.
        Z rekomendacji Komitetu Wyborczego Wyborców - Kobylanka Dobra Jakość, zarejestrowanego w dniu 4 września 2014 roku Postanowieniem Komisarza Wyborczego PKW w Szczecinie, ubiegam się o kandydowanie na stanowisko wójta Gminy Kobylanka

        Z uwagi na wielość wydarzeń i wielowątkowość każdego z nich, a wszystko mające związek z moją 25-cio letnią pracą w przestrzeni publicznej lub instytucjach publicznego zaufania, życiorys swój przedkładam w formie rozszerzonej. Powodem takiej decyzji są częste zapytania dotyczące mojej działalności publicznej w zderzeniu z informacjami medialnymi, które im niegdyś towarzyszyły. Wiele z tych informacji pozostało w pamięci przestrzeni publicznej i często, zajmują cenny czas spotkań, przenosząc ciężar zainteresowania z problemów społecznych na moją osobie. Aby zjawisku temu zapobiec, w prezentowanym poniżej rysie osobowym skatalogowanym tematycznie zamieszczam informacje jak je pamiętam i w sposób łatwo weryfikowalny dla szczególnie zainteresowanych lub zaangażowanych w rozpoznawanie.

Narodziny działalności publicznej.
        Swoją działalność publiczną, niedojrzałą i nierozpoznaną rozpocząłem w szkole średniej, Technikum Leśnym w Warcinie, w roku już 1974. Nie wiedzieć dlaczego, ogarniała mną wtedy -jak sobie przypominam- nieodparta chęć, bardziej odkształcania niż zmiany otaczającej mnie rzeczywistości, którą uważałem -na tamten czas- za niezmienną, jakby tylko „uwierającą mi bok”. "Rozpychając się" jednak, dostarczałem należnej sobie przestrzeni. Szybko zostałem (3 kl.) przewodniczącym samorządu szkolnego. Ciągłą rywalizacją w sportach obronnych które trenowałem, szczególnie strzelectwie, hartowałem osobowość, lecz -co najważniejsze- uchylałem tym drzwi internatu na zewnątrz, na wyjazd do miasta. Choć różne były tego skutki, nauczyłem się wtedy gospodarować obszarem wolności konstatując ostatecznie, że jego rozmiar jest odwrotnie proporcjonalny do blejtramu swobody. Zostałem także -bodaj pierwszym w historii technikum - przewodniczącym samorządu szkoły i internatu równocześnie. Jakby mi było mało - tak to pamiętam, choć dziś wydaje się mało prawdopodobny fakt, że nie chcieli przyjąć - wymusiłem na dyrektorze technikum przyjęcie mnie do PZPR’u. Było bardzo śmiesznie i strasznie głupio zarazem. Jeden wierzący i wszyscy Oni, kochani i pozostający na zawsze w mojej ciepłej pamięci nauczyciele i wychowawcy, stwarzający wrażenie –dla mnie tylko– że to działa. Jak dowiedziałem się po latach, pragnęli końca roku szkolnego ’79. Wtedy to, pyszny, dumny, zarozumiały i zdaje się na ów czas spełniony opuściłem technikum. Z internatu przeniosłem się do akademika.

Dojrzewanie działalności publicznej.
        Zderzenie 5-ciu lat wzrastania w odludnym miejscu z wielką Warszawą, samym jej mokotowskim centrum, ulicą Rakowiecką powodowało nieodpartą chęć bycia wszędzie, najmniej jednak na wykładach, a studiowałem na Wydziale Leśnym w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Działalność kulturalna którą prowadziłem z grupami osób potrzebujących gitarzysty koło siebie, wprowadziła mnie w krąg ludzi o szerokim horyzoncie, którego perspektywą się zachłysnąłem. Był rok 1980, horyzontem tym była Polska, perspektywą zaś Solidarność. Do października 1981 roku wykułem i uformowałam nową osobowość a publiczny jej charakter zwieńczyłem złożonym w dziekanacie wnioskiem o wystąpieniu z PZPR. To właśnie w październiku ’81 roku rozpocząłem na dobre swoją dojrzałą i rozpoznaną działalność publiczną. Pieczęcią sankcjonującą decyzję i nadającą jej rangę „publico bono” było przeniesienie się na okres dwóch miesięcy z murów akademika, w mury uczelni. Uczestniczeniem w strajkach studentów, zająłem jednoznaczną -na zawsze - postawę, wobec zła wnikającego w przestrzeń publiczną za pośrednictwem systemów społecznych, wzrastających na fundamencie oświeceniowego materializmu. Jedną z konsekwencji okresu strajkowego było delegowanie mojej m.in., osoby przez ówczesny uczelniany komitet strajkowy do wspomożenia (osłany z zewnątrz) strajku podchorążych Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej w Warszawie , z chwilą otoczenia murów uczelni kordonem jednostek ZOMO. W strajku uczestniczyło 96% podchorążych, z których kilku - po okresie "osławionej" pacyfikacji- kontynuowało strajk na mojej macierzystej uczelni.

Na marginesie:
Po okresie dwóch dziesiątków lat, w kontekście mojego się angażowania w akcje strajkowe pierwszej dekady lat 80"tych, życie dopisało scenariusz, który zdejmując zasłonę kłamstwa, skorygował znacząco moją postawę obywatelską. W trakcie przemieszczania się nocną porą, (godz. 1-3) w dniu 1 XII 1981 r. z Mokotowa (SGGW) na Żolibórz (WOSP), roboczym przystankiem była siedzibie Regionu Mazowsze (chyba al. Jerozolimskie). W Solidarności jako doradcy związku działali Macierewicz, Kuroń, Michnik, oraz m.i. Bronisław Geremek. W drugiej połowie 1981 roku doszło w Regionie do podziałów spowodowanych - jak odkrywają dzisiejsze dokumenty - wprowadzaniem agentów do władz Związku. Najgroźniejszym było jednak pojawienie się "samozwańczych" dywersantów i kolaborantów, co najprzykrzejsze - wykarmionych na piersi   "Panny S".  . Wzorem niedoścignionym naszych czasów - ku przestrodze szczególnie młodemu pokoleniu, niech pozostanie [ Benjamin Lewertow ]  .
Właśnie 1 XII 1981,   [on to ]   kolaboruje i namawia komunistów do siłowej konfrontacji z "Solidarnością".   Instruuje jednocześnie i wysyła pod Wyższą Oficerską Szkołę Pożarniczą (tu, figura retoryczna, całkiem, całkiem uprawdopodobniona)  gotowych na wszystko studentów warszawskich uczelni. Wtedy właśnie, owego 1.XII. gdzieś ok. godziny 1-3 nocą, przebywam na parominutowym spotkaniu w siedzibie Regionu Mazowsze (może szwendał się właśnie wtedy gdzieś po korytarzu, ...figura retoryczna całkiem, całkiem uprawdopodobniona).  
Dlaczego tak dobrze to pamiętam?
Oto właśnie 2 XII 1981 o godz. 10.15, zatem 11 godzin przed   szyfrogramem ambasadora Niemiec,     oddziały ZOMO staranowały bramę strażackiej uczelni, a grupa antyterrorystów zrzucona z helikoptera wtargnęła do Szkoły oficerskiej poprzez dach budynku. W tym czasie, od 7 godzin śpię już snem kamiennym, gdyż kilka godzin przed atakiem ZOMO, nocą, ok. godz. 1-3, w dniu 2 XII 1981, zostaję zmieniony przez zamienną grupę kolegów z SGGW. Kiedy przedzieraliśmy się z Żoliborza na Mokotów (ul. Rakowiecką), Geremek -co dzisiaj wiemy z pewnością- był już po osobliwej rozmowie z Cioskiem. Zasadną zatem może być teza, że świadomie wysyłał "instruowanych" studentów - NA ŚMIERĆ! (figura retoryczna, całkiem, całkiem powyższym udowodniona), wsparta nadto na fundamencie frazeologii talmudycznej.     Tutaj wersja LONG. .


Działalność publiczna u progu pracy zawodowej w leśnictwie.
        Pracę zawodową podjąłem w 1983 roku w Nadleśnictwie Dobrzany, obejmując po roku, samodzielne stanowisko leśniczego leśnictwa Krzemień. Do początku 1990 roku, zarządzałem ponad 2-ma tys. ha lasów, rozpostartych pomiędzy Ińskiem a Dobrzanami, w czym najwydatniej pomagali mi sami mieszkańcy krzemieńskiego lasu. . W końcu 1989 roku, na terenie ówczesnych Dobrzan, na bazie obserwowanych przeze mnie zdarzeń i otrzymywanych informacji o relacjach pomiędzy rządem PRL a ówczesną opozycją, podjąłem działalność publiczną zmierzającą w skutkach do usunięcia władzy reprezentowanej przez I-go gminnego sekretarza partii oraz naczelnika gminy w Dobrzanach. W trakcie organizowania struktury lokalnej OKP (Obywatelski Klub Parlamentarny), pomówiony zostałem przez macierzysty zakład pracy, o malwersacje finansowe związane z szacowaniem szkód łowieckich. Posterunek milicji w Dobrzanach wezwał mnie niebawem na przesłuchanie w sprawie  zgłoszenia  jakie wpłynęło, dotyczącego usiłowania pozbawienia życia prezesa koła łowieckiego z użyciem broni palnej. W nadleśnictwie niemal jednocześnie, żona I sekretarza zakładowej organizacji partyjnej, pracownica n-ctwa, zgłosiła pisemnie nadleśniczemu, że groziłem jej nożem w trakcie prowadzenia czynności kadrowych. Za wszystkie te czyny łącznie- skazany zostałem w trybie natychmiastowym na ...zwolnienie dyscyplinarnie z pracy. Wzniecony -w mojej obronie- strajk robotników leśnych jak też petycja mieszkańców wioski do Ministerstwa Leśnictwa, dodając odwagi, pozwoliła mi kontynuować rozpoczętą działalności publiczną na rzecz tworzenia nowego porządku społecznego, w tej -odległej od centrum wydarzeń - Gminie. Pozbawiony pracy i środków do życia, trwałem w działalności do czerwcu 1990 roku. Efektem mojej działalności był całkowicie nowy skład Rady Gminy Dobrzany, zapewniający całkowitą zmianę struktur władzy. Sam stałem się gwarantem tych zmian, zostając radnym oraz pierwszym burmistrzem miasta . Wybór na stanowisko burmistrza wyjaśnił przyczyny prowokacji i pomówień sprzed kilku miesięcy wstecz, gdyż jak się okazało, grupa osób, której przewodniczył zwalniający mnie szef, zakupiła od naczelnika Dobrzan -na kilka dni przed zmianą władzy- blisko 600 ha pól, łąk, lasów i zadrzewień, za cenę 200mln starych ludowych złotych, przy 4 milionowej, ówczesnej płacy burmistrza. Pozostając w terminach administracyjnych, decyzję naczelnika potwierdzoną już decyzją ostatniego peerelowskiego wojewody szczecińskiego uchyliłem, sprzedając niebawem ziemię za kwotę liczoną w miliardach ludowych złotych, przekraczającą roczny, ówczesny budżet Gminy Dobrzany.

I działalność publiczna - samorządowa.
        W roku 1990 uchwałą Rady Gminy zostałem wybrany na pierwszego burmistrza Dobrzan . Poza batalią którą stoczyłem ze środowiskiem, któremu uchyliłem decyzję o zakupie ok. 600 ha gruntów i pokusami z tym związanymi, przyszło mi ratować gminną przestrzeń publiczną w innej jeszcze sprawie. Grabież przez likwidatora Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej majątku Państwowego Funduszu Ziemi drogą sądowego usankcjonowania (czytać: nieuczciwości procesowej) nienależnej spółdzielni własności, zakończyła się wygraną Gminy dopiero w Sądzie Najwyższym . Sprawie dziwnym zbiegiem okoliczności "patronował" ówczesny regionalny konwertyta z wersji "servitude" na wersję "free" - Głos Szczeciński. Uparł się jegomość "pióralista" nie rozumieć rzeczy rozumnych, zwanych dzisiaj - za klasykiem - "oczywistymi oczywistościami",   i smagał słowem w wydaniach weekendowych   do - niemal - wysadzenia mnie z fotela burmistrza. Mój następca darował winy   regionalnemu "konwertycie", który nieprawdami zawartymi w kilku artykułach   przyczynił się wydatnie do wyrządzenia Gminie wymiernej szkody finansowej.
W 1992 roku, w trakcie pełnienia funkcji burmistrza Dobrzan, dostrzegając konieczność realizacji zadań ponad-gminnych, widząc bezczynność instytucji państwa, także swoją niemoc i często bezradność w obliczu chuligaństwa instytucjonalnego, zainspirowałem i włączyłem się   w powołanie nieformalnej struktury samorządowej pod nazwą Konwent Wójtów, Burmistrzów i Prezydentów Województwa Zachodniopomorskiego, zostając następnie jego przewodniczącym.

Chwila przerwy.
        W 1994 roku uznając, że spełniłem swoją publiczną misję ,   zrezygnowałem dobrowolnie ,   z ubiegania się o reelekcję urzędu burmistrza. Otrzymałem jednak poparcie społeczne zostając wybranym do Rady II kadencji. Pragnąc rozwijać swoje zainteresowana oraz pogłębiać wiedzę w dziedzinie leśnictwa, rozpocząłem doktorat w Instytucie Urządzania Lasu, Wydziału Leśnego, Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Z uwagi, że nie przyjęto mnie do pracy w leśnictwie, które zorganizowałem od podstaw i w którym mieszkałem, pozbawiony kolejny już raz pracy, dochodów i mieszkania, nie mogłem kontynuować studiów doktoranckich, kończąc swoją pasję na jedynie, wykonaniu badań terenowych w drzewostanach parków zabytkowych zachodniego Pomorza: Śniatowie, Rybokartach i Stuchowie.

Działalność w instytucji zaufania publicznego.
        W 1995 roku, w wyniku pomyślnie rozstrzygniętego konkursu organizowanego przez Radę Nadzorczą Banku zostałem Prezesem Banku Spółdzielczego w Dobrzanach. Bank, co odkryłem niebawem, posiadał blisko 4 miliardową (liczoną w ludowych złotych) stratę ciągnioną, i decyzjami Prezes NBP H.G. Waltz przewidziany był do likwidacji w roku następnym. Pomyślna jednak realizacja programu naprawczego (tu trzeci z kolei) ,   który opracowałem, a który nigdy nie został zatwierdzony przez KNB NBP, (uznany za nierealny) oraz restrukturyzacja związana z m.in., zatrudnieniem, doprowadziła do sytuacji, że po roku Bank zanotował pierwszy od 4 lat zysk w kwocie ~33 tys. PLN.  Do końca 1999 roku odpracowałem ,   2/3 straty ciągnionej, a w roku 2000 przeprowadziłem pomyślną i unikatową w skali kraju restrukturyzację Banku, włączając go - jako jeden z nielicznych w kraju - w struktury BGŻ, wypłacając wcześniej pełne udziały wszystkim członkom banku.

        Na marginesie realizacji restrukturyzacji banku, o której wzmiankował sam dziennik Rzeczpospolita, a której efekt widoczny jest do dnia dzisiejszego w postaci fizycznej obecności Banku w Dobrzanach, w okresie bożonarodzeniowym roku AD.1999, o godzinie 6 rano, do miejsca mojego zamieszkania wkroczyły służby bezpieczeństwa ,   z nakazem prokuratorskim dokonania przeszukania. Żadne zdarzenie na kanwie mojej pracy nie mogło implikować takiego obrotu spraw. Po dokonanym przeszukaniu, przewieziono mnie opancerzonym autem, do odległej o 35 km siedziby Banku, gdzie na bazie podobnego nakazu ,   asystowałem przy rekwirowaniu tysięcy dokumentów bankowych. Efektem owej penetracji służb państwowych IIIRP było umorzenie postępowania, ...jednak, jak się okazało ostatecznie, było umorzeniem dla zmylenia przeciwnika. Bo oto na jednozdaniowe zażalenie strony zgłaszającej przestępstwo - jak się okazało rolnika, największego dłużnika Banku - sprawę przejęła prokuratura szczecińska. Tu szczególnie niekompetentna prokurator, (prekursorka skazania stargardzkiego sądu rejonowego wyrokiem szczecińskiego sądu apelacyjnego) sporządza akt oskarżenia ,   z czasem zresztą modyfikowany, o przywłaszczenie pieniędzy rolnika i wyłudzenia kredytów i dopłat z Agencji [art.284 i 286 kk w korespondencji z art. 91kk]. Nie miało nawet znaczenia potwierdzenie Agencji ,   że na blisko rok przed wtargnięciem do mojego mieszkania policjantów, odsetki zostały przesłane przez Bank którego byłem Prezesem, do Warszawy i skazał mnie jegomość sędzia na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu. No, osadził sobie "gościu" w mózgownicy, sędzią będąc - może dlatego - że ma inną teorię bytu i poznania ,   ...i co mu zrobisz w IIIRP?   - duże G.
Wyrok ten misternie koncypowany przez stargardzkiego sędziego poprzedzony był dodatkowo - a pełniłem już funkcję wójta Kobylanki - wydanym postanowieniem w imieniu IIIRP, z którego miało wynikać, że jestem niepoczytalnej psychicznie. Postanowieniem sądu rejonowego ,   w uzasadnieniu zełganego, skierowany zostałem pod rygorem doprowadzenia przez funkcjonariuszy policji na przymusowe badania psychiatryczne ,   celem wydania opinii sądowo - psychiatrycznej. Zespół psychiatrów i psychologów Centrum Zdrowia Psychiatrycznego uznał moją osobę za cyt:  „…Krytyczny w ocenie swojego postępowania. Uczuciowo związany z rodziną. Osobowość zwarta. Skarg nie zgłasza. …Nie stwierdzamy u oskarżonego objawów choroby psychicznej w sensie ostrej psychozy i niedorozwoju umysłowego lub innych chorobowych zaburzeń czynności psychicznych.” ,  
Po uchyleniu przez sąd apelacyjny wyroku stargardzkiego sądu, który nie wytrzymywał krytyki zawartych w uzasadnieniu tez,   sprawę skierowano do ponownego rozpoznania sądowi I instancji.   Z analizą moich czynów "przestępczych" zmierzył się teraz inny stargardzki sędzia - tym razem niewiasta. Tam gdzie kolega po todze wyrokujący wcześniej mówił TAK ona teraz mówiła NIE, tam zaś gdzie mówił NIE ona mówiła TAK. Ostatecznie,   ...wyszło jej, że jestem winny - ale trochę inaczej ,   Znowu pisma, interpretacje i apelacje.
Po latach, w wyniku moich odwołań, uchylono wyrok stargardzkiego sądu, a postępowanie przeciwko mojej osobie o przestępstwa jak wyżej i niżej, bo były modyfikowane -   umorzono ,   obciążając IIIRP kosztami.
...no i dlaczegoś biedna?, chciałoby się rzec.
Opancerzony w wyroki uniewinniające obijałem się o ściany dyskusji publicznych przez długi jeszcze okres czasu. Po uzyskaniu opinii Centrum Zdrowia Psychiatrycznego w Szczecinie, wytoczyłem powództwo prywatne   skierowane przeciwko sądowi rejonowemu w Stargardzie .   Sprawę ku -rzeczywiście- zdziwieniu   wygrałem .   Sąd rejonowy w Stargardzie -   choć apelował   - został uznany winnym cyt: „naruszenia dóbr osobistych co do stanu zdrowia w tym wizerunek i dobre imię czy prawidłowe relacje między interesem ogólnym a interesem jednostki. W sferze dóbr osobistych dobra te zostały naruszone w sposób krzywdzący jednostkę ludzką w odczuciu środowiska w którym żyje”. Zasądzono wyrokiem   publiczne przeproszenie   mojej osoby w Gazecie Wyborczej treścią wskazaną przez sąd apelacyjny oraz wpłatę 1000 zł na rzecz stargardzkiego Domu Dziecka -   co się ostatecznie - dokonało.  

II działalność publiczna - samorządowa.
        W roku 1998, jako ówczesny a nawet wcześniejszy jeszcze admirator i zwolennik podziału kraju na struktury powiatowe podjąłem próbę ponownego włączenia się w prace na rzecz kształtowania przestrzeni publicznej.   Zostałem wybrany   do rady nowo utworzonego Powiatu Stargardzkiego. I–sza kadencja Rady Powiatu, skutecznie i na zawsze wyleczyła mnie z admirowania na rzecz istnienia takich struktur lokalnych, i już nigdy nie podjąłem się wspierania sobą tego nieefektywnego, szkodliwego bytu samorządowego. Uważam jego trwanie w obecnej formie, a myślę że i każdej za szkodzące mojemu Narodowi.

III działalność publiczna - samorządowa.
        W roku 2000 lokalna społeczność Kobylanki, reprezentowana przez Radę Gminy, w wyniku utraty zdolności skutecznego sprawowania władzy wykonawczej, spośród kilku przesłuchanych kandydatów na potencjalnych wójtów,   wybrała moja osobę   na to stanowisko. Gmina Kobylanka, u początków mojego nią zarządzania, była w bardzo złej sytuacji finansowej. Potwierdzały to publicznie, kilka razy   „Wydarzenia” TVP1 ,   informując Polaków o bankructwie Gminy. Potwierdzała to także analiza budżetowa którą wykonałem na wstępie swojej pracy i którą złożyłem Radzie w postaci sprawozdania .   Gmina Kobylanka była na progu roku 2001 gminą ubogą, choć z wielkomiejską aspiracją, która stała się przyczyną konfliktów. Jej zaspokajanie zrodziło pęd ku galopującemu się zadłużaniu. Posiadając niewielki 4,8 milionowy budżet, Gmina zadłużyła się do poziomu 10,1 mln zł, co rozsadziło Radę Gminy. W sprawozdaniu przedstawiłem jednocześnie nie tylko wynikający z sytuacji stan finansów publicznych Kobylanki, ale też prognozy na przyszłość wraz z programem naprawczym. Zatwierdzony na sesji dokument zrewolucjonizował budżet roku 2001 niemal podwajając dochody Gminy .   Stało się to odskocznią –co pokazała przyszłość- do uzyskania, za kilka lat, nagrody najlepszej gminy wiejskiej w kraju .   Potwierdzone to zostało wynikami opublikowanymi przez dziennik Rzeczpospolita oraz dyplomem otrzymanym podczas uroczystej gali wręczania nagród   w Warszawie. Wyniki rankingu Rzeczpospolitej potwierdził też inny samorządowy ranking, publikowany i organizowany przez prasowy organ samorządowy - Wspólnota. Zakwalifikował on Gminę Kobylanka do 10-ciu najlepiej rozwijających się Gmin w Polsce, obdarowując Gminę –ku pamięci- statuą Króla Kazimierza Wielkiego .
W roku 2002 moja praca samorządowa na rzecz lokalnej społeczności w Kobylance została doceniona wyborem mojej osoby na stanowisko wójta, w I-szych w kraju bezpośrednich wyborach wójtów , burmistrzów i prezydentów.

Przerwana działalność na niwie publicznej.
        W święto Bożego Narodzenia 2002 roku doszło do zdarzenia, które skutecznie - na kilka lat - wyłączyło mnie z końcem 2006 roku, z pełnienia funkcji publicznych. W roku 2005, uprawomocnił się wyrok skazujący mnie za pobicie policjantów oraz jazdę samochodem pod wpływem alkoholu. W postępowaniu sądowym przed stargardzkim sądem rejonowym, nie znalazł wiarygodności fakt - potwierdzony jednomyślnymi zeznaniami kilku świadków zdarzenia - że osoba moja wraz z samochodem znajdowała się w chwili zdarzenia w punkcie „A” (Stargard, Dworcowa 19). Imaginacja sądu zawiodła jednak mój samochód do punktu "B" (Stargard, Dworcowa 32), gdzie policja sporządza protokół zatrzymania mojej osoby i jak się okazało przemieściła tam mój samochód. Nie byłem i nigdy nie zajechałem do punktu "B". Właścicielowi pubu przy Dworcowej 19, którego zeznania miały decydować - bo znał mnie osobiście, widział całe zdarzenie, chciał zeznawać i wskazał mi osoby, które wraz z nim obserwowały zdarzenie - na tydzień przed rozprawą sądową zrobiono prowokację policyjną, w wyniku której wyszło, że w pubie rozpijana jest małoletnia młodzież . Pod groźbą, odebrania koncesji na alkohol wymuszono na właścicielu pubu, jednocześnie świadku, zmianę zeznań zastraszając do stopnia, że osoba mnie znająca od dawna (właśnie świadek, właściciel pubu, Ryszard Rokicki) od której wynajmowałem wcześniej mieszkanie dla jednego z członków mojej rodziny, na dowód czego posiadam własnoręczne podpisy świadka i jego brata potwierdzające miesięczne odbiory pieniędzy , ze strachu o los firmy zeznaje sądowi, że mnie nie zna . Na dzień przed rozprawą powiadamia mnie, że nie będzie mówił prawdy.
Sąd uznał za współbrzmiącym i jednomyślnym głosem funkcjonariuszy policji, że osoba moja jadąc samochodem, została zatrzymana, w odległym o kilkaset metrów punkcie „B” (Stargard, Dworcowa 32). To jest nieprawda. Jakość zagmatwanej tej sprawy, wymaga zabrania głosu i dźwięcznego powtarzania.  Nigdy nie byłem i nie jechałem pod wpływem alkoholu w odległy o kilkaset metrów punkt „B” .  Nie pobiłem też, ani szarpałem, czy kopałem policjantów.
Sprawę obecności mojego samochodu w punkcie „B” wyjaśnić był mógł sądowi -poza policją-  kierowca lawety, który przemieścił samochód   z punktu „A” do punktu „B”.   Pozostaję nadal w konfuzji, czy: łgał, bo ceni sobie spokój doczesny czy też dlatego, że był zastraszany - jak świadek Rokicki? Z uwagi tylko, że instytucje wymiaru sprawiedliwości IIIRP w Stargardzie, nie wykrzesały z siebie dostatecznej woli wyjaśnienia tej sprawy, pozostaje ją jedynie - czasami przypominać.

U progu 2007 roku zakończyłem kadencję wójta Gminy i po kilku miesiącach znalazłem zatrudnienie w dużym szczecińskim przedsiębiorstwie budowlanym. Po roku pracy na stanowisku dyrektora, przedsiębiorstwo to zostało przejęte przez kapitał obcy - izraelski. Niespójność metod oraz form komunikacji, a nadto brak „intelektualnej kompatybilności” z żydowskim właścicielem przedsiębiorstwa, wszystko to zdeterminowało złożenie wypowiedzenia z pracy. Ostatecznie rozstałem się z zakładem w 2009 roku. To polskie przedsiębiorstwo, niegdyś bardzo prężne i renomowane na rynku krajowym, zatrudniające do 150-200 osób, w tym liczne grono inżynierów z uprawnieniami budowlanymi i do projektowania, w konsekwencji upadło. Żydzi pod zmienioną na TAHAL nazwą przedsiębiorstwa funkcjonowali jeszcze z 2 -3 lata na polskim rynku, po czym słuch po TAHAL'u zaginął. Pobrzmiewali jeszcze jako Watek.
W roku 2009 podjąłem pracę w charakterze przedsiębiorcy prowadzącego prywatną działalność gospodarczą. Spośród niepowodzeń będących wynikiem smagania polskiego przedsiębiorcy przez IIIRP, kończących się także w sądzie z powodu karygodnego rozumienia realizacji inwestycji przez Inwestorów (np. Zarząd Dróg Powiatowych w Kole, Gmina Tarnowo Podgórne) były też rodzynki satysfakcji z bycia przedsiębiorcą, za którą to satysfakcją nie kroczyła jednak - choćby skromnie - pobrzękująca kiesa.   Spośród kilku na ugorze, wykwitłych rodzynków,   nie stanowią one żadnej przesłanki do zelżenia stopnia krytycyzmu dla tzw. okresu "kompradorskiego RP", jak zwykłem już od dawna określać ostatnie 26 lat.

W sierpniu 2014 roku, po wcześniej przeprowadzonych konsultacjach z kilkunastoma mieszkańcami Kobylanki oraz Reptowa i Morzyczyna podjąłem decyzję o   kandydowaniu w wyborach samorządowych   na wójta Gminy Kobylanka.

EPILOG KAMPANI WYBORCZEJ
30 listopada 2014 roku   wygrałem w bezpośrednim starciu   z Panem Andrzejem Kaszubskim, aktualnie urzędującym wójtem. 8 grudnia 2014 roku, złożyłem ślubowanie przed nowowybraną Radą Gminy Kobylanka i  objąłem funkcję wójta Gminy.  .

                        Z Wyrazami Szacunku
                        Mirosław Przysiwek
                        KWW Kobylanka Dobra Jakość.

Profil osobisty na Facebooku wyłączony z chwilą powzięcia wiedzy, że właściciel facebooka angażuje się finansowo w działalność przeciwko życiu poczętemu.



Mark Zuckerberg   w roku 2013 przekazał akcje Facebooka o wartości niemal miliarda dolarów na rzecz organizacji współpracującej m.in. z czołową amerykańską instytucją promującą i przeprowadzającą aborcje  Planned Parenthood.  

Nadto za to co specyfikuje Wikipedia:
1.) W Stanach Zjednoczonych Facebook został skazany na wypłatę 10 milionów dolarów na cele charytatywne za wykorzystywanie wizerunku użytkowników wbrew ich woli i wiedzy.
2.) Serwis planuje udostępnić reklamodawcom adresy e-mail oraz numery telefonów swoich użytkowników.
3.) Kontrowersje wzbudza także ilość danych, które Facebook zbiera na temat osób z niego korzystających. Znana jest sytuacja, gdy Max Schrems – austriacki student prawa – wysłał do siedziby serwisu oficjalny list z prośbą o udostępnienie mu danych jakie zostały zgromadzone na jego temat, w czasie gdy posiadał konto na Facebooku. Prośba została rozpatrzona po myśli Schremsa i dostał on płytę CD ze wszystkimi informacjami na temat jego aktywności (np. posty na jego profilu, korespondencja ze znajomymi czy też linki które "polubił"). Niepokój Schremsa wzbudziło to, iż dane te były przechowywane na serwerach Facebooka, mimo że nie posiadał już on w nim konta. Sprawą zainteresował się Irlandzki Komisarz Ochrony Danych Osobowych, który postanowił się przyjrzeć problemowi.
4.) Firma jest też posądzana o szpiegowanie użytkowników i wdrażanie nowych funkcji bez jakichkolwiek ostrzeżeń (czasami zdarza się, że są jednocześnie domyślnie włączone) i monitoring w zamian za dodatkowe możliwości.
5.) W 2012 roku Facebook organizował na próbie 700 tysięcy użytkowników, eksperyment psychologiczny, mający na celu stwierdzić czy da się manipulować uczuciami osób przez internet, zaś informacja o kontrowersyjnym eksperymencie wyszła na jaw w 2014.
6.) Twórcy Facebooka zostali oskarżeni o plagiat przez braci Camerona i Tylera Winklevossów, którym musieli wypłacić 65 mln dolarów odszkodowania.

Wróć na stronę główną.

Profil komitetu.
COPYRIGHTS TO 3E